Przesłanki istnienia takiej organizacji są niemalże identyczne, jak u kolegów na Śląsku. Też mamy swoją specyficzną gwarę (chyba nawet bogatszą o kilka odmian), którą moglibyśmy nazwać językiem, a w każdym razie upominać się publicznie o takie jej traktowanie. Ten „język” ma również sporo germanizmów wynikających z galicyjskiej – C.K. tradycji zaborowej. Sporo tu było germańskiego żywiołu, a nasza ewentualna stolica Bielsko-Biała też nazywała się Bllitz i była określana mianem małego Berlina. Nawet Adolf skwapliwie włączył znaczną część Beskidów do Reichu, a miejscowym i dalszym góralom wmawiał, że są odrębnym narodem, tzw. goralenvolkiem...
Mamy więc potencjał etniczno-językowy, historyczny i gospodarczy, to może by spróbować wybić się na niepodległość,a chociaż na autonomię? Pożytki widzę ogromne, bo na przykład dr. Gorzelik z RAŚ, na autonomicznej recepcie dojechał do funkcji wicemarszałka śląskiego, a jeszcze parę lat temu jego poglądy miały u nas status niemalże satyryczny. I nic to, że są w sejmiku Rasiowcy! – wszyscy obaj rządzą i tyle!
Broń Boże nie należy lekceważyć tego, co powinno stanowić istotę rzeczy, czyli dbania i upominania się o interesy i potrzeby regionu. Śląsk tak wiele oddał reszcie Polski ze swoich skarbów i ciężkiej pracy mieszkańców przez wiele lat, iż bez wątpienia należy mu się specjalna troska ze strony państwa. Ale o to powinni dbać demokratycznie wybrani posłowie z tego regionu, a jest ich przecież niemało. I powinno to się odbywać skutecznie. A jest nieskutecznie, dlatego coraz lepiej się mają głosiciele idei autonomicznych podlewanych niestety etnicznym – nieco ksenofobicznym – sosem.
Autonomia przedwojenna miała zupełnie inne uwarunkowania polityczne i ekonomiczne. Dzisiaj w zjednoczonej Europie to anachronizm, co nie wyklucza form politycznych i gospodarczych zabezpieczających jakiś konkretny region np. Śląsk przed nadmiarem eksploatacji przy braku środków rekompensujących jego rolę gospodarczą i zapewniających ochronę środowiska, rynku pracy i kultury, zwłaszcza jej śląskich korzeni. Ale to są przecież problemy dotyczące wielu regionów kraju.
Istnieje realny problem – tzw. „ściany wschodniej i jej niedorozwoju, a i my w Beskidach mamy swoją specyfikę i uwarunkowania z niej wynikające. I oczekujemy, że władze województwa i kraju to rozumieją, a żeby docierało to do tych władz i decydentów właśnie jest rolą posłów oraz radnych wojewódzkich. I tu, dla nas mieszkańców Beskidów, pojawia się ważna rola – wybrać najlepszych takich, którzy nie dadzą się zaczadzić kadzidłami władzy i będą skutecznie pilnować naszych spraw tam, gdzie one się decydują.
I może wtedy nie będzie trzeba myśleć separatystycznie i autonomia będzie pojęciem osadzonym w specyfice naszego regionu jako pojęcie użyteczne, a nie polityczno-etniczne. Hanys i Gorol to przecież tylko synonim sąsiedzkiej rywalizacji, a nie istota różnicy etnicznej, bo tak naprawdę to ona nie istnieje.
Z serdeczną sympatią do Hanysów i Goroli z nadzieją, że wspólnoty losu nie zagrodzą żadne autonomiczne płoty.
Góral z Beskidów
Jerzy Kliś











