- W naszym nadleśnictwie kornik wciąż jest groźny, jak przed laty – mówi Jan Salachna, z-ca Nadleśniczego z Nadleśnictwa Ujsoły. – To wyjątkowo sprytny owad, a walka z nim przypomina prace Syzyfa.
Kornik drukarz atakuje świerki, których – jak wiadomo – jest wciąż najwięcej w naszych lasach. Kiedy już zagnieździ się w drzewie jedynym ratunkiem, chociaż już nie dla zaatakowanego drzewa, jest jego wycinka tak, aby szkodnik nie zaatakował drzew rosnących w pobliżu.
- Stąd wciąż prowadzimy wycinki i nieraz wydaje się, że wycinamy zdrowe drzewa, ale tak naprawdę to ratujemy po prostu te, których kornik nie zdążył jeszcze obsiąść – tłumaczy Jan Salachna.
Kornik atakuje drzewa osłabione, jeszcze zielone. Kiedy zrobi już swoje przenosi się na inne. Zaatakowane drzewo w końcu umiera zmieniając kolor z zielonego na rudy.
- Wystarczą dwa, trzy lata i całe połacie lasu stają się rude – mówi Salachna. – To przygnębiający widok.
Z kornikiem w Ujsołach walczą od lat. W ubiegłym roku leśnicy zmuszeni byli wyciąć tyle drzew, że w przeliczeniu powstało w sumie 150 tys. metrów sześciennych drewna. To olbrzymia ilość.
- Kornik rozprzestrzenił się tak bardzo, bo w minionym okresie w lasach panowała susza, czyli to, co owad lubi najbardziej – tłumaczy Nadleśniczy. – Ostatnie lato, a także i to jest już pod tym względem lepsze dla drzew. W Beskidach pada coraz częściej i mocniej. Jest więc nadzieja, że również natura pomoże nam ratować lasy.
Na razie jednak sam deszcz to zbyt mało. W Nadleśnictwie Ujsoły zatrudnionych jest blisko dwadzieścia osób, tzw. trocinkarzy, których zadaniem jest znajdywanie zagrożonych drzew i oznaczanie do wycięcia. Równolegle leśnicy sadzą gatunki drzew, które są odporne na szkodnika: jodłę, buka, lipę, olszę czy sosnę, a nawet modrzewie.
- To zadanie na lata, ale tylko w ten sposób możemy uratować lasy w Beskidach – zaznacza Jan Salachna, leśnik z Ujsoł na Żywiecczyźnie.














